Historia,  Tadżykistan

Dolina Jagnobu. Tadżycka podróż w czasie.

Otoczone surowymi górami rozwidlenie dróg. Jedna, ruchliwa, prowadziła do Duszanbe – stolicy Tadżykistanu. Na drugiej, gruntowej, świszczał jedynie wiatr. Prowadziła do Anzobu, ostatniego miasteczka z prądem, i dalej – do dziewiczej doliny rzeki Jagnob. Miejsca, gdzie przed wiekami skryli się mieszkańcy starożytnej Sogdiany. Odosobnienie pozwoliło im jako jedynym na świecie zachować wymarły już niemal język kupców z Jedwabnego Szlaku. Poznajcie Jagnobczyków – górski lud, który przetrwał Arabów i Sowietów.

„Nic tu już dzisiaj nie przejedzie – stwierdził bystry jedenastolatek, z nudów towarzyszący mi w popołudniowym łapaniu stopa – A w ogóle, to tata mi powiedział, że wczoraj na drodze był wypadek. Auto wpadło do rzeki i wszyscy się utopili” – skwitował obojętnym cmoknięciem. Wbrew pesymizmowi mojego kompana po dwóch godzinach coś przyjechało. Minivana szczelnie wypełniały arbuzy, melony i ludzie, a na dachu stał ziggurat z worków z ziemniakami i mąką. Szarif, jak to Azjata, uznał, że da radę dopchać jeszcze mnie. Usadził mnie na przedzie, wcisnął plecak na nogi i kilka arbuzów pod nie. Tak przejechałem kolejne dwadzieścia kilometrów po pozostałościach sowieckiego asfaltu. W Anzobie, budząc zainteresowanie lokalsów, pomogłem Szarifowi wyładować kartofle w miejscowym spożywczaku, a on w zamian zaprosił mnie na noc do domu. Zjedliśmy szurbę – środkowoazjatycki rosół – i przy świeżych wiśniach gadaliśmy o tadżyckiej wojnie domowej, w której walczył. Następnego ranka syn Szarifa, Szachron, odwiózł mnie kamienistą drogą jeszcze kawałek dalej, do Margibu. Tam miałem zacząć właściwą część przygody: kilkudziesięciokilometrowy marsz.

Wieczorna droga do Anzobu.

Trasa w głąb Doliny Jagnobu, biegnąca na wysokościach od dwóch i pół do trzech tysięcy metrów nie należy do najbardziej forsownych. Jest ubita, sporadycznie jeżdżą nią nawet jeepy, upchane do granic możliwości pasażerami, jeśli jadą z Jagnobu, lub towarami, jeśli do. Trudność stanowią przecinające szlak niewielkie lodowate wodospady. Trzeba je przekraczać boso. Większość nie stwarza problemu, ale jeden przyprawił mnie o dreszcze, gdy mocny prąd sięgającej do kolan wody pchał mnie w stronę urwiska.  

Droga wije się wzdłuż rzeki Jagnob – raz rwącej i przez to nieco mętnej, a raz łagodnej, niemal turkusowej. To na klifie, to znów przy brzegu, gdzie wśród traw pasą się stada owiec, kóz, a nawet konie. Oprócz nich wędrującemu towarzyszą pojawiające się tu i ówdzie ciemnorude ogony świstaków i sopranowe ptasie zaśpiewy. Kolejne zakręty odsłaniają albo ośnieżone, skaliste szczyty, albo bujne łąki, pełne fioletowych i żółtych kwiatów. Poza nimi i świeżym powietrzem przez pierwsze piętnaście kilometrów nic w Jagnobie nie ma. Kiedyś istniały kiszłaki (tak w Azji Centralnej nazywa się wsie), ale po komunistycznych wysiedleniach zostało po nich wyłącznie wspomnienie i kupki kamieni.

Droga wzdłuż rzeki Jagnob, wijąca się na przemian po obu brzegach rzeki.

Sogdyjski – lingua franca Jedwabnego Szlaku.

Przodkami dzisiejszych Jagnobczyków byli Sogdyjczycy. Zamieszkali, a właściwie skryli się w dolinie Jagnobu w VIII wieku. Pochodzili z Sogdiany, starożytnej krainy, leżącej dziś w Uzbekistanie (w tym regionie najważniejszym miastem była Samarkanda) i Tadżykistanie (tutaj tę rolę pełnił Pendżakent). Przez jej terytorium przebiegał sławny po dziś dzień Jedwabny Szlak. Język sogdyjski był angielskim tamtych czasów – ligua franca dla członków wielkich karawan, transportujących towary z Chin do Europy i na odwrót. W sogdyjskim kupcy dobijali targów, filozofowie toczyli spory, a kochankowie romansowali.

Sogdiana wielokrotnie zmieniała państwowość. A to należała do perskich Achamenidów, a to znów do imperium Aleksandra Wielkiego (Macedończyk ożenił się nawet z pewną Sogdyjką), Seleucydów czy innych Partów. Niezależnie jednak od władzy, dominującym wyznaniem był zaratusztrianizm. Czciciele ognia mieli się tu dobrze aż do początku ósmego stulecia. Wtedy Sogdianę najechali Arabowie, wyrżnęli masę ludzi, wliczając ostatniego władcę, Dewaszticza, i wprowadzili szariat. Język sogdyjski, wypierany przez arabski, zaczął powoli umierać.

Pozostałości starożytnego miasta Pendżakent na obrzeżach współczesnego.

Jagnobczycy są potomkami tych Sogdyjczyków, którzy nie zgodzili się przekonwertować na islam i w obawie przez śmiercią uciekli daleko w góry. Tam, w kompletnym odosobnieniu, niezmiennie mówili po sogdyjsku. I choć koniec końców stali się mahometanami, garstka Jagnobczyków to dziś ostatni na świecie ludzie mówiący językiem, w którym można by pogadać z Aleksandrem Wielkim.

I pomyśleć, że mało brakowało, a ponad tysiąc lat jagnobskiej historii unicestwiłaby Partia, gdyby Związek Radziecki się nie rozleciał.

Dla gościa rarytas – język barana.

Po kilku godzinach marszu dotarłem do pierwszych osad. Kilka domów o płaskich dachach na wzgórzu z lewej strony rzeki to kiszłak Bidef, a na stoku przeciwległym – Mahtemain. Skierowałem się na prawy brzeg. Tam kilkoro mieszkańców plewiło niespiesznie pole ziemniaków. Starsza kobieta, ubrana w bordową suknię, przywołała mnie gestem i z uśmiechem spytała, czy jestem zmęczony. Kiedy przytaknąłem, kazała zająć się mną swojemu synowi. Bachtior, bo tak mu na imię, zaprowadził mnie do mehmonhony – specjalnego pokoju dla gości. W Jagnobie mehmonhonę ma każdy dom, na wypadek, jeśli wędrujący mieszkaniec innego kiszłaku, pasterz czy turysta potrzebowaliby noclegu. Za mehmonhony się nie płaci, to po prostu tradycja, bo – jak usłyszałem mnóstwo razy – „my, Jagnobczycy, lubimy i szanujemy gości”.

Bachtior był z pochodzenia Jagnobczykiem, mieszkającym na stałe w Duszanbe. Do Jagnobu przyjechał, by odwiedzić rodzinę i pomóc przy uprawach. Skończył weterynarię, ale pracował w ochronie rządu. Z chęci pielęgnowania korzeni poślubił Jagnobkę. Teraz do spółki z ojcem i bratem buduje dom w pobliżu Mahtemainu. W przyszłości zamierza w nim zamieszkać, „ale póki co Duszanbe daje więcej możliwości”. Tam może zarobić nawet ponad dwieście dolarów miesięcznie – nieźle, jak na tadżyckie warunki.

Jedna z kolacji w towarzystwie Jagnobczyków.

Spotkałem sporo ludzi jak Bachtior, którzy wpadają do Jagnobu tylko latem i zmykają jesienią. Zimą zresztą i tak nie da się tu dostać. Przez sześć (lub więcej) miesięcy w roku dolinę odcina od świata gruba warstwa śniegu. Żadne auto jej nie sforsuje, w skrajnych przypadkach trzeba zdać się na kosztowny helikopter. Dlatego rodzina Bachtiora przez wiosnę i lato przygotowuje zapasy: sadzi ziemniaki, groch i marchew oraz tuczy barany i krowy. Rytm życia starym zwyczajem wyznaczają jej pory roku.

Okazało się, że Bachtior to teść Nijoza – Jagnobczyka, służącego za Związku Radzieckiego w Polsce, a mówiąc ściślej: w moim rodzinnym Wrocławiu, Legnicy i Świdnicy. Mehmonhona, gdzie gościłem, należała do niego. Nijoz opowiadał, jak handlował z Polakami papierosami z przydziału. W tych samych czasach mój ojciec te papierosy od „ruskich” kupował. Kto wie, może nawet się spotkali?

W mehmonhonie oprócz mnie spał również Ramatullah, znajomy Nijoza. Po zmroku wspólnie zasiedliśmy do kolacji na rozłożonych na ziemi materacach. Ascetyczny pokój oświetlała żarówka zasilana prądem z generatora słonecznego. Syn Nijoza przyniósł lepioszkę (środkowoazjatycki chleb, nieodzowną część każdego dania), śmietanę i po talerzu tłustej zupy z kawałkiem mięsa. Mi dostał się rarytas: pulchny, nieco gorzki język barana. Jedliśmy, a Ramatullah z Nijozem snuli opowieść o kilku dniach, które zmieniły bieg historii Doliny Jagnobu.

Wieś Piskon, po której oprowadził mnie Baris.

Helikoptery przyleciały nagle. Jagnobczycy na wygnaniu.

Był rok 1970, gdy wojsko otoczyło kiszłaki. Uzbrojeni żołnierze przylecieli helikopterami, zaskakując mieszkańców. Władza postawiła trzy tysiące zaskoczonych Jagnobczyków przed faktem dokonanym. Kazano im spakować najpotrzebniejsze rzeczy i wsiadać. Sprzeciw nie wchodził w grę – groziła za niego śmierć. W gospodarstwach zostały nieumyte talerze, a na polach motyki. Tadżycki Komitet Centralny uzasadnił przesiedlenie zagrożeniem lawinowym w dolinie, a do tego koniecznością wykształcenia Jagnobczyków i ich integracji z sowieckim społeczeństwem.

W praktyce jednak górale mieli po prostu służyć jako tania siła robocza. Większość trafiła do oddalonego o trzy godziny lądowej drogi Zafarobodu, by tam pracować na plantacjach bawełny. Tragedia zaczęła się od razu. Organizmy Jagnobczyków, przystosowane do górskiego klimatu, zupełnie nie wyrabiały w nizinnym, spalonym słońcem Zafarobodzie. W Jagnobie nawet dziś jedną z najcięższych chorób jest angina, inne praktycznie nie występują. Tylko w ciągu pierwszego tygodnia w skwarnym mieście zmarło zatem więcej Jagnobczyków, niż podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. „Upał i choroby zabijały dwie, trzy osoby dziennie. Zdarzały się tygodnie z dwudziestoma pogrzebami. Najwięcej padło kobiet i dzieci”, mówił Nijoz. Przez zabójcze warunki wielu próbowało uciec, ale rząd to przewidział. Deportacje z Jagnobu przeprowadzano jeszcze kilkukrotnie, a sabotażystów karano. Czas mijał, a kamienno-gliniane domy w dolinie, wystawione na działanie pogody, niszczały. Po niektórych kiszłakach została wyłącznie zarośnięta kupa gruzu, a po pojedynczych domach kikuty ścian lub w ogóle ani śladu.

Resztki jednego z kiszłaków.

Żywa historia. Wyobrażenie podróży w czasie.

Po kolacji położyliśmy się na wygodnych poduszkach, a Ramatullah pokazał mi na telefonie wideo z jagnobskiego wesela. Przeszło mi koło nosa, spóźniłem się o tydzień. Ślub odbył się w Piskonie, trzynaście kilometrów w górę rzeki. Na nagraniu dźwięki tadżyckiego popu mieszają się z porykiwaniem osła. Pan młody, ubrany w jaskrawoniebieski garnitur, siedzi dumnie na koniu w otoczeniu roztańczonych weselników. Za moment, po modlitwie, wyprawi się po swoją wybrankę (lub, być może, wybrankę jego rodziców – tego się nie dowiedziałem) do sąsiedniej wioski, Garmenu. Gdy ją przywiezie, zamieszkają razem.

W trakcie seansu nie zauważyłem nawet, kiedy moi kompani zaczęli rozmawiać ze sobą w dźwięcznym, gardłowym języku. Spytałem, a mężczyźni przytaknęli: tak, to jagnobski (lub, w zależności od nazewnictwa, neo-sogdyjski). Wywodzi się z rodziny języków indoeuropejskich, a więc tych samych, co polski. Dokładniejsza klasyfikacja określa go jako jeden z języków wschodnioirańskich. Niektóre słowa czy zwroty przywodzą na myśl skojarzenia z językiem perskim lub tadżyckim (są bardzo zbliżone, Pers bez problemu dogada się z Tadżykiem). Przykłady, których nauczyłem się na miejscu: „mam na imię” – esme man Artur hast po persku, man num Artur hast po jagnobsku. „Drzewo” – deracht po persku, diracht po jagnobsku. „Jestem studentem historii” – man doneżdżui tarih hastam po tadżycku, a po jagnobsku man doneżdżui tarih im. Mimo tych podobieństw, czysty jagnobski jest dla Tadżyka czy Persa niezrozumiały.

Dziś, wedle różnych źródeł, na całej planecie włada nim kilka do kilkunastu tysięcy ludzi. Przysłuchując się mowie moich gospodarzy, wyobraziłem sobie podróż przez oś czasu. Minąłem komunistów, zostawiłem za sobą Mongołów i Arabów. Byłem na Jedwabnym Szlaku. Słuchałem brzmienia świątyń ognia, bazarów i karawanserajów. Tu, w maleńkiej, biednej raczej górskiej wiosce, w domu faceta sprzedającego Polakom za komuny mocne bez filtra.

Moja nauczycielka języka jagnobskiego, której imienia niestety nie zanotowałem.

Od zera. Niełatwy powrót do domu.

– W Jagnobie mieszka teraz czterysta dwadzieścia osób, sam zrobiłem spis powszechny – dzielił się ze mną nazajutrz Islom, nauczyciel w lokalnej szkole. Syn przesiedleńca urodził się i wychował w Zafarobodzie, ale zdecydował resztę życia spędzić tu, w rodzinnych stronach. Na powrót po czterdziestu sześciu latach nieobecności namówił też ojca. Islom i jego żona Bibigul stanowią dziś najjaśniejsze światło Jagnobu. On jest jedynym nauczycielem z wykształceniem pedagogicznym, ona – jedyną pielęgniarką z medycznym. Oboje mogliby znaleźć posady w Duszanbe, ale czują, że są potrzebni tu. „Moje dzieci wychowają się w Jagnobie i będą mówić po jagnobsku” – przepowiadał z uśmiechem dwudziestosiedmiolatek, pokazując mi zdjęcia z lekcji. Być może wśród jego podopiecznych znajdzie się następca Sajfiddina Mirzoboda – językoznawcy i profesora Akademii Nauk, którego poznałem w drodze powrotnej do Anzobu. Autor słowników i podręczników do jagnobskiego urodził się w kiszłaku Garmen – tym samym, skąd przed tygodniem pan młody przywiózł sobie żonę na koniu.

Czterysta dwadzieścia osób to jednak wciąż niewiele w porównaniu z ponad trzema tysiącami, zamieszkującymi Jagnob przed wysiedleniem. Ludzie zaczęli wracać, gdy w czasie pieriestrojki komunistom przestało zależeć na upartych pasterzach. Zresztą i tak raptem garstka z nich miała jeszcze po latach dość zawzięcia, by zaczynać wszystko od zera. Mnóstwo domów w dolinie się zawaliło, wartościowe rzeczy rozkradli szabrownicy, a pola uprawne zdziczały. Większość Jagnobczyków zdążyła się zaaklimatyzować w Zafarobodzie lub Duszanbe i już tam została.

Islom, nauczyciel w lokalnej szkole i kultywator jagnobskiej tradycji.

Powracający rzucili się na głęboką wodę. W artykułach sprzed paru lat czytam, że życie w Jagnobie jest trudne i zacofane, szczególnie w kwestiach możliwości zarobkowych i edukacji. Fakt, jeszcze do niedawna w dolinie znajdowały się zaledwie cztery czteroklasowe szkoły, gdzie niewykwalifikowani nauczyciele wykładali wyłącznie podstawy algebry, tadżycki i trochę jagnobskiego. Połowa dzieci nie kontynuowała nauki, bo wiązało się to z ich wyjazdem z kiszłaku – nawet jeśli niedaleko, bo do Margibu – i tym samym brakiem rąk do pracy oraz koniecznością opłacania internatu. Inflacja zaś sprawiała, że wartość baranów czy krów, ze sprzedaży których wielu górali się utrzymywało, malała. Inne zajęcia, np. wypas owiec z nizin czy usługi tragarskie (w dolinie można zamówić tzw. „iszak taxi”, czyli jucznego osiołka), również nie przynosiły i dalej nie przynoszą kokosów.

Przyszłość. Jagnob w obliczu przemian.

Dolinę Jagnobu odwiedziłem w sierpniu 2019 roku – akurat w czasie, kiedy stała u progu przemian. Otwarta trzy lata wcześniej szkoła Isloma to pierwsza szkoła rządowa, czyli mówiąc po ludzku – finansowana z góry. Dzieci, oprócz języków i matematyki, zgłębiają w prawa przyrody i grają na instrumentach. W Anzobie właśnie dobiegała końca budowa szkoły z internatem dla jagnobskich dzieci (czy dobiegła – nie udało mi się zweryfikować). Sonia i jej rodzeństwo z Piskonu, tak chętnie strojące miny przed moim obiektywem, miało zatem kontynuować naukę za darmo i przede wszystkim obowiązkowo, a nie jak dotychczas zależnie od woli rodziców.

W tym samym roku Dolina Jagnobu uzyskała decyzją prezydenta status Parku Narodowego, a to oznacza jedno: rozwinie się turystyka. Już dwa lata temu widok obcokrajowców w Jagnobie nie był rzadkością (spotkałem Belga z lokalnym przewodnikiem), lecz jak dotąd mieszkańcy gościli ich w swoich mehmonhonach z czystej potrzeby serca. Czas pokaże, czy te same serca nie zamarzną wraz z wybudowaniem pierwszych hotelików z bieżącą, ciepłą wodą – udogodnieniami w jagnobskich domach niespotykanymi. Pozostaje mieć nadzieję, że podobnie, jak przetrwali najazdy Arabów i komunistów, potomkowie Sogdyjczyków przetrwają też najazd amerykańskich i europejskich turystów. Że podróż do Jagnobu pozostanie swego rodzaju podróżą w czasie, a Jagnobczycy nie stracą nic ze swojej otwartości, gościnności i autentyczności.

Dzieci z kiszłaka Piskon.

Podstawowy sposób przemieszczania się po Jagnobie – osiołek, czyli iszak.

Fenomenalne formy skalne zwane „Bramą Jagnobu”.

Wypas owiec.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *